Idź do strony 1 2 3 4 5 | Powrót do wszystkich recenzji

















Recenzja autorstwa Lady Snape


"Drakula" (Bram Stoker's Dracula)



Jak przywrócić do życia największą legendę wampiryzmu w historii kina i nie zmarnować ogromnego potencjału, jaki kryje się na kartach powieści Brama Stokera? Do odpowiedzi na to pytanie przymierzało się wielu twórców (m.in. Werner Herzog, Tod Browning, John Badham) - z różnym skutkiem. W 1992 roku za kamerą kolejnej adaptacji Stokera stanął Francis Ford Coppola, który za sprawą dzieł takich, jak "Czas apokalipsy", "Ojciec chrzestny", "Rozmowa", zyskał sobie miano kultowego. Wybitny reżyser postawił sobie wysoką poprzeczkę, gdyż, w przypadku filmu grozy, najmniejszy nawet błąd może okazać się katastrofalny w skutkach. Stąd tak znikoma liczba naprawdę udanych horrorów. Bardzo delikatną kwestią jest sposób narracji, dobór aktorów, dialogi, muzyka, które decydują o tym czy, pomimo fantastycznych wątków, historia jest wciąż autentyczna, a postacie nie są przerysowane, zbyt karykaturalne.

Coppola ze starcia z grozą wyszedł obronną ręką. Przede wszystkim straszenie widza odsunął na dalszy plan i wyeksponował dokladnie to co trzeba. Szkieletem, na którym opiera się fabuła, jest zatem nieśmiertelna miłość, jaką przeklęty hrabia Drakula darzy piękną Minę (rozpoznaje w niej utraconą ukochaną sprzed wieków). Recepta na wiarygodną namiętność okazała się prosta: wystarczyło połączyć dwójkę utalentowanych i pałających do siebie jawną niechęcią aktorów, Gary'ego Oldmana i Winonę Ryder, którzy grają równo i zdają się uzupełniać się wzajemnie. Pod postacią Drakuli Oldman objawia swój wszechstronny geniusz. Jego wampir jest bohaterem charyzmatycznym, budzącym sprzeczne odczucia, bo owianym aurą tajemnicy. Jego zwierzęca natura budzi postrach, a już w następnej chwili jako zagadkowy hrabia intryguje, nie jest zatem kimś, wobec kogo pozostajemy obojętni.

Jeżeli natomiast chodzi o tajemnicę, która w każdym dobrym horrorze powinna być źródłem strachu, to jest z nią, niestety, gorzej. Bo przecież, mimo wszystko, "Drakula" to nie kolejny pospolity romans. Należałoby się więc po filmie Coppoli spodziewać dużo więcej: tajemniczego nastroju pełnego grozy i niepewności, zagadek i niedomówień. Twórcy najwyraźniej zabrakło tej subtelności lub też celowo z niej zrezygnował. W wielu miejscach (np. nawiedzenie Lucy, a później także i Miny) zdecydował się na dosłowność i można mu być tylko wdzięcznym, że nie posunął się dalej i, jak wielu innych filmowców, całkowicie nie wykluczył miejsca na wyobraźnię widza.

Małe potknięcia można wybaczyć Coppoli, bo przecież i one składają się na niezwykły styl, jaki charakteryzuje filmy sygnowane jego nazwiskiem. Okazuje się, że specyficzny nastrój, jaki zbudował w swojej wersji historii o Drakuli, pozostaje do dziś wyznacznikiem dobrego kina grozy, a jednocześnie barierą nie do pokonania dla kolejnych twórców próbujących zmierzyć się z powieścią Brama Stokera - wszystko, co na ten temat powstało po roku 1992, było jednym wielkim nieporozumieniem.