
Idź do strony 1 2 3 4 5 | Powrót do wszystkich recenzji

Recenzja autorstwa Romana (onet film)
Zjazd z poręczy na czerwonej skakance
To, że za "Prawdziwy romans" wziął się Tony Scott, to jeszcze nic takiego. Podobnie, jak to, ze muzykę skomponował Hans Zimmer. Nawet to, że w filmie zagrali Christien Slater, Brad Pitt, Val Kilmer i (rewelacyjny) Gary Oldman nie robi większego wrażenia. Ale to, że scenariusz wyszedł z do bólu abstrakcyjnego umysłu Quentina Tarantino wywołuje "quasi- orgazmistyczny" dreszczyk zaciekawienia, przekładający się na prosty impuls w postaci werbalnej: "To trzeba zobaczyć!".
Aby zrozumieć cokolwiek z tego pogmatwanego świata, w którym główny bohater uznaje Elvisa (którego, notabene, by przeleciał, gdyby już naprawdę musiał przelecieć faceta) za piękniejszego od większości kobiet i stosuje podryw "na trzy filmy kung-fu pod rząd", należy wyłączyć poczucie realizmu i zabrać się za "realne" oglądanie. Kto spodziewa się morałów, przesłań i innych tego typu prawd, może tu jedynie znaleźć coś w stylu "rockability": "tylko rock'n'roll: żyj szybko, umrzyj młodo i pozostaw po sobie przystojnego trupa".
"Prawdziwy romans" to początki prawdziwego Tarantino, który zresztą już we "Wściekłych psach" (1992) pokazał to, czym zaskarbił sobie tysiące fanów na świecie: groteskowe podejście do tematu, niebanalną fabułę, zwroty akcji, krew i gęsto ścielącego się trupa. To wyznaczniki stylu tego reżysera. Stylu, który nie jest przeznaczony dla wszystkich widzów.
Chociaż "Prawdziwy romans" wyreżyserował Tony Scott, to da się tu wyraźnie odczuć rękę scenarzysty. Widać ją w abstrakcyjnych pomysłach, dialogach i rozprawach o komiksowych bohaterach, czy dyskusjach na temat bezsensownych problemów typu antropologicznego pochodzenia Sycylijczyków. Scott, dzięki uspokajającej muzyce Zimmera oraz zdjęciom i jakiemuś ciepłu w przekazie zredukował barbarzyńskie okrucieństwo, które pojawia się w dziełach pisanych i robionych przez Tarantino. W gruncie rzeczy wyszło to chyba obrazowi na dobre. Brak jest tu także uwielbianych przez Quentina kobiecych stóp i nietypowych konwencji filmowania. Jednak romans, a już na pewno "Prawdziwy romans", powinien być nieco cieplejszy w wymowie od typowej produkcji akcji.
Podczas oglądania dopadło mnie nieodparte wrażenie, że niewidzialna ręka filmu bawi się widzem, niczym marionetką, serwując mu na przemian wzloty i upadki głównych bohaterów, których od początku "lubimy", pomimo tego, że mają pogmatwane życie i specyficzną mentalność. Mowa oczywiście o duecie: Clarence Worley i Alabama Whitman, których dość przekonująco grają Christian Slater oraz Patricia Arquette. Skoro już mowa o aktorstwie, nie można nie wspomnieć o Garym Oldmanie. Scena w klubie to fantastycznie napisana i jeszcze lepiej zagrana, pełna grozy i napięcia chwila w filmie. I właśnie tu, między innymi, widz staje się zabawką przytwierdzoną do huśtawki nastrojów i zwrotów. Takich momentów jest więcej. Kto obejrzy, ten zrozumie.
Cóż jeszcze? Można by ciągnąć wątki, typu: "Kto?", "Co?", "Jak?", ale najlepiej poznać odpowiedzi i dokonać osądu samemu. Niemniej jednak, "Prawdziwy romans" to inteligentne kino dla ludzi ceniących dalekie od schematu podejście do filmu. To spora dawka humoru i niebanalna akcja w połączeniu z absurdem, dodającym całości specyficznego "smaczku" typowego dla Tarantino. Nikt tak naprawdę nie wie, co stanie się w następnym ujęciu, tak jak "kogut domowy", "narkofil" i darmozjad Floyd (Brad Pitt) nie spodziewa się, że po wypaleniu pewnego specyfiku, odwiedzą go bardzo niesympatyczni panowie w garniturach, szukających walizki z czymś, co dałoby mu odlecieć do końca życia. Stąd w tytule recenzji: "Zjazd z poręczy na czerwonej skakance". A może na niebieskiej?








