
Idź do strony 1 2 3 4 | Powrót do wszystkich artykułów
W 1985 roku, w ponure londyńskie popołudnie Gary Oldman zdał sobie sprawę z tego, że przeholował. Ten dzień spędził jak wiele poprzednich, rozmyślając nad przeklętą duszą Sid'a Vicious'a, zmarłego basisty Sex Pistols. Wsłuchując się w kasety z nagranymi rozmowami Sid'a, chodząc w tych samych butach, jakie nosił, Oldman chciał stać się Sid'em Vicious'em, którego miał zagrać w filmie Alex'a Cox'a "Sid i Nancy". Nagrania miały zacząć się za dwa dni, ale teraz musiał zostawić Sid'a na dwie godziny by pojechać na miasto zagrać w przedstawieniu Royal Shakespeare Company "Sztuki wojenne" wyprodukowanego przez Edward'a Bond'a. I nagle okazało się, że samo wsiadanie do samochodu jest niesamowicie męczące. Ledwie miał energię żeby włożyć kluczyk do stacyjki. Kiedy próbował wyjechać samochodem i skierować go w prawo - wsteczny, do przodu, wsteczny, do przodu, znów to wszystko było zbyt trudne. ściskając kierownicę Gary Oldman zaczął płakać. Kiedy jego dziewczyna, aktorka Lesley Mansville, znalazła go tam, wciąż płakał. Nie mógł się opanować.
"Powoli wariował" wspomina Lesley "mówiłam mu, że tak dalej nie można." Przygotowując się do roli, Gary głodził się, schudł z 68 kg do 52. "Stałem się anorektykiem" przyznaje z uniesionymi brwiami i szczerym, melancholijnym głosem, "miałem obsesję, żeby być naprawdę, naprawdę, naprawdę szczupłym. Myślałem, że to jest wizja, jaką chcę zaprezentować, a jak już czegoś chcę, nie robię nic innego." Oldman jest, jak to reżyserzy teatralni nazywają, aktorem metamorficznym, nie tak jak John Wayne czy Clint Eastwood, odgrywa w kółko i na okrągło samego siebie. Jest współczesnym typem Roberta De Niro czy Dustin'a Huffman'a (dwóch jego idoli), aktorem, który zmienia swoje włosy, sposób chodzenia, nawet swoją posturę by stworzyć nową postać. By zagrać Sid'a Vicious'a Oldman uczęszczał na lekcje gry na basie (nie żeby się nauczyć na nim grać, Vicious nie miał zdolności muzycznych, tylko po to by się nauczyć go trzymać), ubierał się jak Vicious, rozmawiał z narkomanami. "Musisz wiedzieć, co dzieje się z ich oczami, gdzie dociera to najpierw, jak dociera do karku, a później do nóg" i głodził się dalej. "Nie piłem. Nie dodawałem sosu do sałatki, jadłem tylko surowe warzywa, rybę na parze i trochę sałaty, a w tym samym czasie grałem w tej sztuce. Chemikalia w mojej głowie się zmieniały, nie miałem w sobie cukru." Po incydencie w samochodzie, Lesley wezwała lekarza i Oldman trafił do szpitala. Rozpoczęcie zdjęć do "Sid'a i Nancy" zostało przesunięte o tydzień. "Lekarz powiedział 'Zjedz Marsa'" wspomina Gary, "więc zjadłem jednego i zacząłem speedować, czułem się jakbym wziął jakiś narkotyk. Moje ciało zaczęło znów reagować. Ironia tkwi w tym, że żeby zagrać Sid'a musiałem znowu nabrać wagi."
Sid Vicious zagrany przez Oldman'a okazał się jednym z najwybitniejszch ekranowych portretów ostatnich lat. Całkowicie nieprzystosowany, nawet powietrze wydawało się go zatruwać, każdy jego krok wydawał się zdradziecki i z trudem wywalczony, utrzymanie głowy na karku wydawało się być poza jego możliwościami. Tak, pod warstwą anarchii, zarówno fizjologicznej jak i psychologicznej, Oldman odnalazł coś wzruszającego i wrażliwego. Jednak bardziej zdumiewające jest to, że Oldman odwzorował niesamowity magnetyzm Sid'a, niewątpliwą luminescencję gwiazdy.
Jakże niesamowity by nie był, nic w sportretowaniu Sid'a Vicious'a nie mogło nas przygotować do jego fenomenalnie odtworzonej roli zamordowanego dramaturga Joe'go Orton'a (który napisał "Łup" i "Co zobaczył lokaj") w nowym filmie Stephen'a Frears'a "Nadstaw Uszu". Tym wykonaniem - wybuchową mieszanką wdzięku, okrucieństwa i narcyzmu - Oldman potwierdził to, co ci, którzy oglądali go w brytyjskiej telewizji i w teatrze od dawna podejrzewali: jest on najznakomitszym aktorem swojego pokolenia. Ponadto, jego wyłonienie się zbiegło się z nowym przełomem w brytyjskim filmie i teatrze, rozkwit żywiołowości, jaki my w Ameryce dopiero zaczynamy dostrzegać.
"Aby zagrać Orton'a Oldman przyswoił 'leniwą górną wargę' "pisze Lahr w swojej biografii "jest puszącym się podrywaczem, głowa do tyłu, klatka do przodu - to przypomina jednego z Batmanów, to po części obietnica, po części bezczelność. On odgrywa każdy najmniejszy szczegół - na przykład sposób, w jaki Orton opowiadał dowcipy[...]"
Oldman to urodzony imitator, jak chce cię zadziwić, zaprezentuje całą paletę doskonale wyuczonych amerykańskich akcentów: nowojorski, teksański, głęboki południowy, kalifornijski, wszystkie w sposób niebanalny. "Praca z nim jest zarówno trudna jak i łatwa" mówi Alfred Molina, brytyjski aktor teatralny i telewizyjny, który gra Halliwell'a w "Nadstaw Uszu" "Tak bardzo wciągasz się w to co on robi, że zapominasz o tym co ty masz zrobić. Obserwując go to tak jakby mieć naprawdę bliskiego przyjaciela i nagle odkryć, że ma on najbardziej zadziwiające sekrety. I mówi do ciebie 'tędy, pokażę ci, kim naprawdę jestem'. I on to właśnie robi otwiera drzwi tam, gdzie byś się ich nie spodziewał."
Urodzony i wychowany w New Cross, w ponurym Południowym Londynie, Oldman mógł mieć cięższe dzieciństwo, jego ojciec, spawacz - alkoholik zostawił jego matkę i dwie starsze siostry dla innej kobiety, kiedy Oldman miał siedem lat. Prawda, jego obydwie siostry wyszły za mąż za drobnych przestępców (później się z nimi rozwiodły). Prawda, 'to nie była rozbita rodzina, to była roztrzaskana rodzina' jak mówi Gary. Ale Oldman wydawał się być lustrzanym odbiciem ojca, którego jego matka kochała, aż do dnia, gdy, dwa lata temu, zmarł. "Gary był rozpieszczany," twierdzi Lesley "można powiedzieć, że dbano o niego." Jednak jego kariera była mało prawdopodobna: rozpieszczany przez trzy oddane kobiety (młodsza z dwóch sióstr była dwanaście lat od niego starsza), dorastał w cieple uwielbienia. Można powiedzieć, że żył jak barokowy młody sułtan, bawiący się błogo w pałacowym ogrodzie. Malował, uprawiał boks, grał na pianinie, "ale w pewnym sensie tylko się bawiłem, poszukiwałem, w ten sam sposób, w jaki poszukuję roli." I wtedy zobaczył Malcolm'a McDowell'a w "Szalonym Księżycu" i w "Jeżeli...", w końcu wiedział czego chce "chciałem być Malcolm'em, antybohaterem, byłem tak wściekły na to jak źle szła mi nauka, że chciałem skierować karabin maszynowy w stronę dyrektora, usiąść na dachu jak Malcolm i po prostu ich wszystkich pozabijać. I dlatego wciąż lubię grać outsiderów, ludzi, którzy zawsze są bardzo popierdoleni"
On sam nie jest ani outsiderem, ani jednym z tych angielskich urokliwych chłopców, snujących się po przyjęciach koktajlowych w stylu Rupert'a Everett'a. Oldman jest pracoholikiem i trochę domatorem. Kulturalny, o przyjemnym głosie, można by go pomylić z pierwszym lepszym jeżdżącym Saabem mieszkańcem przedmieści, gdyby nie to coś w jego wyglądzie, ta iskierka buntu w energii, jaka emanuje. Kiedy spotkałam się z nim, w jego nowiusieńkim domu w bogatej dzielnicy Mortlake, w zachodnim Londynie, miał proste, przyklapnięte włosy i rozczochraną brodę. Dwupiętrowy dom, który dzieli z Lesley, jest bardzo skromny. Od frontu znajduje się mały trawnik, a z tyłu ogródek. W środku jest mnóstwo nie rozpakowanych pudeł. Po środku jadalni znajdują się nowe, błyszczące krzesła, cztery kanarki szczebioczą w klatce, całe to miejsce pachnie wczorajszym piwem. "Napijesz się kawy, herbaty szampana?" pyta. Szampan to jego niedzielna tradycja. Później, około czwartej, zostaje podane śniadanie, Lesley przynosi jajka, rybę, szynkę, ziemniaki, grube plastry bekonu.
Lesley to szczupła blondynka, o świeżym wyglądzie, brzoskwiniowej cerze i aurze niewiarygodnie różanej brytyjskości. Poznali się, w 1984, kiedy mieli zagrać w "The Pope's Wedding" Edward'a Bond'a w Royal Court Theatre. "Talent jest afrodyzjakiem" mówi Lesley "a jeżeli dostrzeżesz go w kimś innym, to przyciąga twoją uwagę. Pracujemy podobnie, jesteśmy zainteresowani tym żeby nie grać takimi, jakimi jesteśmy czy tak jak wyglądamy." Na obojga wpływ miały te same osoby: Max Stafford-Clark reżyser Royal Court Theatre i energiczny Mike Leigh, który robi filmy dla czwartego kanału brytyjskiej telewizji. Obaj mają to samo metodyczne podejście korzystne dla Gary'ego i Lesley. "Max Stafford-Clark i Mike Leigh mogą się ciebie spytać o tapetę z dzieciństwa granej przez ciebie postaci albo, co postać grana przez ciebie robiła w Gwiazdkę w 1962 roku. Pomimo, że nic nie jest zapisane, wszystko jest dopracowane. To musi być w twojej pamięci, w twojej głowie, tak jak twoje życie." Lesley opuszcza pokój, nagle Gary zeskakuje z fotela i podchodzi do mnie na kolanach. "Grając Joe'go Orton'a" szepcze "dużo myślałem o penisie. Szczerze mówiąc, przestaliśmy uprawiać seks, Fred (Molina) przeszedł to samo ze swoją żoną. To niezła zabawa przez osiem tygodni być gejem, pod koniec byliśmy już jak te dwie cioty. To cała metoda, cały Stanisławski[...]"
Jednak, nieważne, jaka rola, Gary Oldman jest zawsze przekonany, że nie umie jej zagrać. "Panikuje za każdym razem, gdy dostaje jakąś rolę." potwierdza Lesley "Za każdym razem musi być ktoś, czy to ja, czy reżyser, kto powie 'Gary nie bądź niemądry, musisz wziąć tę rolę.' Było tak, gdy miał zagrać Sid'a i Joe'go, pewnie mu się wydaje, że nie jest wystarczająco dobry."
"Jest jak ogier, który nigdy nie przegrał wyścigu." dodaje Stafford-Clark "On wie, że ma ten dar do impersonifikacji, i że publiczność czuje jego emocje, ale także z każdym tygodniem czuje się coraz bardziej tego niepewny." Gary przyznaje się do tego, że "do pracy nakręca mnie właśnie strach przed klęską. Ale nie mogę przecież wybrać jakiejś roli i powiedzieć 'A, to łatwe mogę to zrobić bez problemu'"
Wiec cóż go tak przeraża? "Jestem podróbką." odpowiada Gary, głosem małego skarconego chłopca z New Cross "Pewnego dnia ktoś przyjdzie i powie 'Gary wcale nie jesteś taki dobry, w gruncie rzeczy to jesteś mało wiarygodny.'"
Na myśl przychodzi jedna odpowiedź: "Nigdy w życiu..."
Vanity Fair: Maj 1987
Autorka tłumaczenia artykułu: Magi (dziękuję, Magi:)








